Zalogowani użytkownicy
BrakOstatnie fraszki:
Galeria foto
Podobne tematy
Sonda
Z jakiego operatora usług korzystasz (dostawca internetu):
Wszystkich glosow: 38
Ostatnio skomentowano:
- Ania Kuśnierczak nagrodzona
:-) Teraz jestem usatysfakcjonow ana. Dziękuję za ...
29.04.12 22:44 - Ania Kuśnierczak nagrodzona
przesylam link do audycji emitowanej w radiowej JE...
29.04.12 07:44 - Angielski w Mieczewie
Informuję, że są jeszcze wolne miejsca, więc zapra...
24.04.12 02:32 - Czas Mosiny
Szczególnie powinny nas zainteresować strona 10 i ...
23.04.12 10:44
Czarownica z Radosnej cz. 5
Aktualizacja: piątek, 09 września 2011 14:37 Wpisany przez Zofia Staniszewska środa, 31 sierpnia 2011 13:04
Powieść
Na zakończenia lata - ostatnia, piąta część" Czarownicy" - o tym, jakie są skutki oglądania nieba przez teleskop i o tym, jak Szurnięty Mirek miał widzenie.
Wracając miedzą przez pola, Jagoda natknęła się na Szurniętego Mirka. Z daleka już zobaczyła wysoką, nieco pochyloną sylwetkę z ptakiem na ramieniu. Z bliska w szaroniebieskim ptaku z długim ogonem, rozpoznała kukułkę.
– Dzień dobry!
– Ano, może być i dobry, pani Jagodo!
– Że też wam się udało oswoić kukułkę! Słyszałam, że są bardzo płochliwe – wyciągnęła dłoń i delikatnie pogłaskała ptaka po białym jak u krogulca brzuchu.
– To jest Mateczka i ani myśli uciekać, bo rozpacza.
– Rozpacza?
– Ano, rozpacza. Gdyby tak pani musiałaś swoje dzieci oddawać do inszych domów, to by pani nie rozpaczałaś? Ta nieszczęśliwa Mateczka żali się, że do każdziutkiego gniazda ino po jednym jajku wolno jej podrzucić. Nigdy dwóch, nie. Rozdziela braci i siostry. I cudze matki wykarmiają jej własne pisklęta. Ech, kukułcza dola! No, ale niech się pani tak nie martwi – poklepał Jagodę pocieszająco po dłoni. – Czujesz pani, jak powietrze pachnie? A jakie przejrzyste? Tak przejrzyste, aż człowiekowi się zdaje, że wytężywszy oczy – samego Boga dojrzy wśród niebios.
*
Po polach idzie mgła. Białe, nierealne zjawy unoszą wydłużone głowy znad ścierniska. Mleczne palce wciskają między czarne słupy drzew. Puchowe płaszcze rozkładają na łąkach, na ścieżkach. Wznoszą modły do zachodzącej pomarańczy słońca.
Po cichu, niezauważalnie wycofują się na mokradła, zostawiając na ziemi wilgotne ślady bezcielesnych stóp.
*
Jagoda wybrała się z Eponą na wieczorną przejażdżkę – dzieci zostawiła pod opieką śpiącej u nich siostry. Szybko zapadł zmierzch i dziewczyna z trudnością dostrzegała jaśniejszy zarys ścieżki idącej przez las. Popuściła więc wodze i zdała się na klacz. Mało kto zdaje sobie sprawę z faktu, że koń jest przystosowany do nocnego trybu życia, w związku z tym jego oczy pokrywa warstwa odblaskowa, tapetum lucidum, która zwiększa ilość światła padającego na siatkówkę. Oczy konia świecą w ciemności, tak samo jak oczy kota czy psa.
Epona swobodnie kłusowała leśną dróżką, aż wyjechała na drogę do Radosnej. Przed domem Pawła Jagoda ściągnęła konia, za nimi rozległo się ujadanie psów, co gorliwsze kundle wybiegały zza płotów, aby osobiście obszczekać intruzów piskliwym dyszkantem. Po chwili Paweł, widocznie zaalarmowany hałasem, uchylił drzwi.
– Witam amazonkę. Mam zamiar pozachwycać się M 31, wejdziesz?
Tylko raz widziałam tę galaktykę i to za pomocą lornetki. Chętnie skorzystam z zaproszenia.
Jagoda przywiązała więc klacz przed domem i popuściła jej popręg. Puśliska ze strzemionami zawinęła na siodle. Gdy weszli do środka, Paweł dodał:
– Niestety, będziemy sami, bo Rudzielca poniosło do stolicy.
– Nie przyjechałam do niego.
– Do mnie? – przymrużył oczy. – Nie śmiałbym marzyć.
– Paweł, nie wygłupiaj się. Po prostu tędy przejeżdżałam i niespodziewanie przyszła mi ochota do was wpaść.
Wspięli się na poziomą część dachu, gdzie bielił się znajomą rurą Soligor.
– Poradzisz sobie? – wskazał głową teleskop. – Jest już ustawiony na gwiazdę polarną.
Skinęła głową. Najpierw za pomocą szukacza namierzyła rozciągnięte W Kasjopei, potem cztery gwiazdy Andromedy. Spojrzała przez okular teleskopu, wymieniła go na dający większe powiększenie, nastawiła ostrość. I dojrzała odległe światy kryjące się w niewidocznych gołym okiem zakamarkach kosmosu. M 31, podobnie jak nasza galaktyka, ma kształt spiralny. Na tę spiralę z jądrem i ramionami, składa się około sto tysięcy miliardów obracających się gwiazd.
– Chmura pyłu uciekająca od nas. Szkoda, że przez twój teleskop nie można dostrzec ramion galaktyki.
– Jeszcze nie tak dawno, gdy nie było naprawdę dobrych teleskopów, sądzono, że nie istnieją inne galaktyki poza Drogą Mleczną. A te mgliste plamki, jak na przykład M 31, dostrzegane w różnych gwiazdozbiorach, nazywano osiemdziesiąt lat temu mgławicami pozagalaktycznymi.
– Miliony galaktyk i pewnie miliony gromad galaktyk w ograniczonym tylko własną ekspansją Wszechświecie.
Jagoda oderwała się od teleskopu, ale zamiast na gwiazdy zapatrzyła się na mercedesa, który zatrzymał się przed sąsiednim domem. Wysiadł z niego radny, otworzył bramę i wjechał prosto do murowanej stodoły.
– Paweł, to Chruściel dorobił się mercedesa? Od kiedy? I dlaczego trzyma go w stodole?
– Radny ma starego fiata. Pierwszy raz widzę tego mercedesa. A w garażu pewnie nie ma już miejsca.
W tym momencie ze stodoły wyszedł jeszcze jeden mężczyzna, zatrzymał się przy płocie i zapalił papierosa.
– To kto? – nie wiedzieć czemu, zapytała szeptem. Kosmologiczne zagadnienia szybko wyparowały jej z głowy.
Astronom wyciągnął swoją rosyjską lornetę, przystawił do oczu i po chwili orzekł:
– Hycel.
– Hycel? – wzdrygnęła się.
– To znaczy listowy, jak tu mówią na listonosza. Nasz nowy nabytek w Radosnej. Zajął stary dom po Sznurze. Słyszałem, że w sąsiedniej wiosce, gdzie poprzednio mieszkał, zarobił na taką ksywkę, bo dorabia sobie strzelaniem do kundli. Nie zawsze bezdomnych. Wiesz, jak to jest na wsi – niektóre psy latają luzem, myśliwi się wściekają, że im zwierzynę płoszą, to za takiego psa zawsze mu trochę kasy od Koła Łowieckiego wleci. Oczywiście oficjalnie nikt nic nie wie. Oficjalnie to on ma pozwolenie na polowania, ale założę się, że również kłusuje. Sam widziałem go kilka razy, raz z wiatrówką, kilka razy z obrzynem, który chował pod kurtką.
– Może to jego autko?
– Może, chociaż dotąd jeździł gazikiem.
Do Hycla podszedł radny, który też wyjął papierosy. Ale zanim zapalił, wbił wzrok w klacz, uwiązaną przy płocie. Zaczął się rozglądać, więc Jagoda w panice się cofnęła i wpadła na teleskop. Rura Soligora, przymocowana do stelażu na kółkach, przesunęła się o kilka centymetrów, aż tuba zawadziła o otwarte okno.
– O, do czarta! – zaklął Paweł. – Zobaczyli nas.
– Przepraszam. – Jagoda poczuła się dziwnie nieswojo. – Ale właściwie to czy my się ukrywamy?
– Niby nie – zgodził się Paweł
– To czego się boimy? – wzruszyła ramionami i w tym momencie usłyszeli dźwięk dzwonka do drzwi. – Nie otwieraj! – spanikowała. Zerknęła przez okno na posesję sąsiada, ale krzywej sylwetki radnego nie było już widać.
– Muszę. Przecież widzieli, że ktoś jest. I twój koń to nie szpilka.
Zeszli do kuchni, a Paweł otworzył drzwi.
– Dzień dobry, a raczej dobry wieczór.
–Dobry wieczór.
–Tak sobie myślę, czy ten koń u płota nie zabłądził, nie?
–Przecież przywiązany.
– A to klaczka chyba pani Jagody, nie?
– Zgadza się. Oglądaliśmy właśnie niebo przez teleskop.
–Niebo? Przez teleskop? A dużo można dostrzec przez taki teleskop?
– A co was tak nagle gwiazdy zainteresowały? Jeśli chcecie, to możecie kiedyś wpaść, to sobie popatrzymy.
– A może i wpadnę. I to nie sam – głos zawibrował dziwną barwą. – To zależy, czy dużo widać przez ten wasz sprzęt.
– To zależy – jak echo odpowiedział Paweł – jak noc jasna, jak teraz, to mało widać.
– No... to dobrze – Chruściel ucieszył się na pokaz – tak sobie myślę, że na dzień dzisiejszy sprawa załatwiona między nami, nie? – a ponieważ Paweł milczał, dodał: – dobrej nocy.
– Czy mi się zdawało, czy on ciebie próbował zastraszyć? – Jagoda cicho się spytała, gdy tylko Astronom wszedł do kuchni.
– Możliwe, z tym, że ja nie mam pojęcia, co on ma na sumieniu.
– Nie podejrzewałam dotąd, że teleskopowanie może być tak ekscytujące.
BAŚŃ PIĄTA
PODMORSKI MĘDRZEC
Na samym dnie oceanów, wśród podmorskich ogrodów i miast żyją w Wodolandii Wodostworki. Nie rządzi nimi król ani książę, ale wszystkie Wodostworki są posłuszne nakazom i zakazom Mędrca. Mędrzec, dostojny starzec o siwych płetwach, przeczytał wszystkie opasłe tomy, które znajdują się w obłych bibliotekach, zgromadził wszelką dostępną w podmorskim świecie wiedzę. I pływałby tak w przeświadczeniu o własnej nieomylności jeszcze ze sto lat, gdyby nie jego dorastający syn, Sensus.
Sensus nie przestrzegał nakazów i zakazów wydanych przez jego ojca. Pozwalał się unosić prądom wodnym wysoko w górę, a przecież wszyscy wiedzieli o tym, że w ten sposób można dostać się do piekieł. Używał słów zakazanych w Wodolandii, takich jak: światło, powietrze, powierzchnia, niebo. Opowiadał o tych pojęciach w taki sposób, jakby rzeczywiście istniały w innym, odmiennym świecie. A przecież wszystkie Wodostworki wiedziały, że oprócz Wodolandii nie ma innego świata.
Najgorsze zdarzyło się wtedy, gdy jakaś tajemnicza maszyna wykonana z nieznanych materiałów opadła na dno oceanu. Sensus odważył się wpłynąć do środka maszyny, a po chwili zjawił się z obrazami przedstawiającymi nie-Wodostworki pływające po powierzchni wód w osobliwych urządzeniach.
Tego Mędrzec nie mógł znieść. Według prawa Wodolandii nie mogły istnieć żadne nie-Wodostworki. Oskarżył więc Sensusa o to, że sam preparuje dowody na nieprawdziwe teorie i kazał wypędzić syna z pomorskich ogrodów i miast w stronę piekieł.
Mijały lata, a sędziwy Mędrzec, który tak okrutnie postąpił wobec własnego syna, nie mógł zaznać spokoju. Nie chodziło o spokój w wymiarze etycznym. Po prostu czasami Mędrcowi przychodziły do głowy dziwne myśli, które nie zgadzały się z nakazami i zakazami, które sam ustanowił.
– A co stało się z Sensusem? – rzucił od niechcenia Paweł.
Wygnany Sensus płynął wciąż w górę wód, aż do samej powierzchni. Wypłynąwszy ujrzał nad sobą niebo, słońce i ludzi. Ale ponieważ nie był przyzwyczajony do takich widoków, nie uwierzył własnym oczom.
*
Przed sklepem zebrała się spora grupka podekscytowanych Radoszczan. Jagoda podeszła bliżej i usłyszała głos sołtysowej. Brzmiał inaczej niż zwykle.
– I za nią biła wielka jasność, a ona sama jakby z mgły się wyłaniała... – Bigotowa przemawiała z namaszczeniem, trzymając za łokieć Szurniętego Mirka. Młynarz z nieobecnym uśmiechem wpatrywał się w nieokreśloną dal.
– O kim ona mówi? – Jagoda trąciła najbliżej stojącą kobiecinę z rowerem.
– Cii... – ta nawet oczu nie oderwała od sołtysowej, a ręce złożyła jak do modlitwy.
– ... zobaczył na obłoku Matkę Boską Niepokalaną...
– O Jezu słodki! – westchnęła pani Tereska ze sklepu.
– Z początku przeląkł się jasności, drgawki czy dreszcze nim zatrzęsły, ale za chwilę błogi nastrój na niego spłynął. I im dłużej patrzył, tym mniej się lękał.
– A jak wyglądała Matka Boska? – zaciekawił się gospodarz z wąsem. – Opowiadał wam?
– Opowiadał. Na obłoku stała. Ubrana była w płaszcz i suknię o nieskazitelnej białości z niebieską przepaską. Jej głowę okalała jakby korona z gwiazd...
– A ta korona, duża była? Jeżeli aż z gwiazd? – wtrącił się jakiś niedowiarek.
– Tego nie wiem – obraziła się sołtysowa.
– A co robiła Maryja, pan Mirosław powie – poprosiła Ćwieluchowa, ale młynarz milczał jak zaklęty.
– Ja powiem, ja, pan Mirosław ze wszystkiego dokładnie zdał mi sprawę. No więc, Matka Boska przybliżała się do niego, coraz bardziej się przybliżała, powoluteńku, jakby płynęła przez powietrze, aż stanęła przede nim jak ja stoję przed wami. Było w tym coś tak pięknego i wzniosłego, nieziemskiego wprost...
– Ło Matko Boska! – przeżegnała się z przejęciem jakaś staruszka.
– Przemówiła do niego? – dopytywali się ludzie.
– Nie, nie mówiła niczego, choć usta otworzyła.
– I gdzie widziałeś Matkę Boską? – zapytała Jagoda, a młynarz drgnął i spojrzał przytomniej.
– Ano, szłem sobie po łące Waligórów, tej co nad rzekę schodzi, aż doszłem do zakola, wiecie, tego przy naszym radnym. I tam od razu zauważyłem taką rzecz. Gałęzie jednej wierzby poruszały się jak od wielkiego wiatru. Ale wiatru dzisiaj przecie nie było.
– Ło Matko Boska! – jęknęła w zachwycie staruszka.
– Racja! – przytaknął wąsaty. – Duchota dzisiaj od samego rana. Wiatru nawet na lekarstwo!
– I gdy zapatrzyłem się na gałęzie, przyszła do mnie wielka jasność, a z nią Niepokalana.
– Ee... przewidziało ci się pewnie – wtrącił niedowiarek – piwa za dużo wychlałeś i teraz lury nam wciskasz. Delirium pijackie za objawienie bierzesz, białe myszki się tobie pomyliły z Niepokalaną, hy-hy – zarechotał niezbyt przyjemnie, ale nikt nie podchwycił śmiechu, bo na ramieniu Szurniętego Mirka wylądował szpak. Jego pióra zalśniły w słońcu wszystkimi barwami tęczy.
*
Jagoda wróciła właśnie z porannej przejażdżki, kiedy zadzwonił telefon.
– Cześć, tu Paweł. Musisz koniecznie przyjść do mnie, najlepiej zaraz! – głos w słuchawce brzmiał autorytatywnie.
– Nigdy nie latałam za facetami, ale widocznie nadszedł czas.
– Co? Nie wygłupiaj się. Pokażę ci cud.
– Cud?
– I pospiesz się. Może zniknąć, czy ja zresztą wiem?
– Oki, już pakuję się do samochodu i za dziesięć minut będę. Dzieci zostawię przed komputerem.
Gdy zajechała przed dom Astronoma, ten już na nią czekał.
– O co chodzi? Wyjaśnisz mi w końcu, co to za cud? Nie jestem znowu taka łatwowierna.
– Musisz to sama zobaczyć. Chodźmy!
I Paweł w milczeniu poprowadził Jagodę polną dróżką, biegnącą z tyłu domu, za drewutnią obrośniętą dzikim winem. Wiła się ona miedzy polami schodząc aż do łąk nadrzecznych, tam gdzie w podmokłej ziemi rosła kępa przysadzistych wierzb. Teren zwykle odludny przyciągnął tego ranka sporą grupę Radoszczan. Pokazywali sobie rękami jedno z drzew, żywo gestykulując:
– Tej, Bogdan, patrz! – Wąsaty szturchał mizernego, starszego rolnika. – Tu jest korona cierniowa Pana Jezusa, a to później w dół: nos, widzisz, tam gdzie poprzeczna gałąź i cała twarz pociągnięta, już wyraźnie, z brodą...
– Kora taka ciemna – odważyła się zabrać głos nastolatka w miniówce i z kolczykiem w gołym pępku – to jest korona Pana Jezusa i pod tą koroną, widzisz Karina, tam są oczy, nos, usta, całą twarz Jezusa widać wyraźnie.
– Co ty, dziewczyno? – obruszyła się czerstwa kobieta pod pięćdziesiątkę – to korona Matki Boskiej, dalej oczy i nos, zgadza się, ale o to, pod tym cieniutkim, gdzie oderwana kora, to nie broda, a włosy Maryi i dalej płaszcz spływa pod tym, o, naderwanym...
– Ludzie! – zakrzyknął młody chłopak – to przecież korona naszego Nepomuka, z pięciu gwiazd złożona, a dalej to nie włosy, on krzyż trzyma, jak nasza figura przy moście. Widzę dokładnie, bo przy niej mieszkam, przypatrzcie się!
– Z samego rana – Paweł szepnął Jagodzie do ucha – tu przyszli, chcieli obejrzeć miejsce objawienia Matki Boskiej. To właśnie tutaj młynarz zobaczył na obłoku Niepokalaną. I na korze dostrzegli twarz, tylko nie mogą ustalić, czy należy do Jezusa, czy do Maryi, czy może do świętego Jana Nepomucena. Każdy widzi coś innego. I do licha, rzeczywiście, jak popatrzeć na tę korę, o tam nad gałęzią, to widać całkiem wyraźnie pociągłą twarz z brodą.
Jagoda przeniosła wzrok ze wzburzonych Radoszczan i dopiero teraz przyjrzała się uważniej niewysokiej wierzbie. Kora drzewa była popękana w szerokie szczeliny, pełne blizn jak po jakiś zażartych bojach, a pień częściowo wypróchniały z licznymi otworami. Podniosła oczy wyżej, na wizerunek twarzy i aż dech zaparło jej z wrażenia. Zobaczyła coś, czego nikt inny nie dostrzegł.























Komentarze
Też uważam, że kelnerka Danusia spisała się fantastycznie, a Piotr wymyślił ciekawą konwencję. Takie wstawki kabaretowe (niektóre improwizowane) rozbawiały i nie było "zadęcia" . Może o poezji będzie jeszcze kiedyś okazja porozmawiać...
Szkoda tylko, że na poezję nie starczylo już miejsca... Jestem pod wrażeniem. Serdecznie pozdrawiam.
Cudne klimaty
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.