Zalogowani użytkownicy

Brak

Galeria foto

Czarownica z Radosnej cz.2

Powieść

Zgodnie z zapowiedzią, pojawia się druga część powieści "Czarownica z Radosnej". Zapraszam serdecznie do lektury!

Zofia Staniszewska

Czarownica z Radosnej cz. 2

Czarownice z Radosnej

ROZDZIAŁ II

Nocną porą podąża na szczyt góry,
gdzie odwieczny stoi kamlot ponury,

dziwożona, bieśnica, pokuśnica,

sunie za nią wszelaka martwica...

 

 

Joasia z braciszkiem chodzili nad staw we wsi przyglądać się dzikim kacz­kom. Staw był mały i okrągły, porośnięty trzciną i starymi łopianami. Na ogromnych łopianowych liściach w kształcie serca wylegiwały się tłuste ślimaki jak w baśni Andersena. Drażniąco pachniało tu stojącą wodą, mokrymi trzci­nami i białymi odchodami kaczek i gęsi. Gdy rodzeństwo napatrzyło się już na staw i ptactwo, zaglądało do siwiutkiej Murielowej, zwanej przez wszystkich Babuchą. Babucha była cała szara, oprócz oczu, które miały taki sam kolor, co żółto-zielona trawa porastająca łączkę, na której wypasały się gęsi. Murielowa mieszkała na skraju wsi na niewielkim wzgórku, w drewnianej chatce z ka­mienną podmurówką. Chatkę tę zbudowano tuż przed I wojną światową i stała tak do dzisiaj w niezmienionym kształcie. Co roku na wiosnę Babucha „bieliła” jej ściany niebieskim wapnem. Przed domkiem znajdowała się jedyna w Rado­snej studnia na drewnianą korbę. Studnia była głęboka i wyciągana z niej woda zawsze była tak zimna, że aż zęby cierpły, gdy się ją piło. Murielowa sama cho­dziła z wiadrami, uczepionymi na nosidłach, po wodę, bo mimo wieku siły jej dopisywały. A ile lat miała Babucha? Może osiemdziesiąt, może znacznie, znacznie wię­cej. Murielowa nie zawracała sobie głowy liczbami, bo cóż to zmieniało?

Jaś i Joasia co kilka dni wbiegali na wzgórek Babuchy. Tu w cieniu wyso­kiego modrzewia stała koślawa ławka, oparta o wyszczerbiony płot. Na płocie suszyły się dzbanki i wiadra, nierzadko też świeżo wyprane szmaciane, kolo­rowe chodniczki. Za furtką biegła koliście ścieżka wyłożona obłymi kamie­niami. Prowadziła do trzech schodków. Dzieci wbiegały po schodkach i mocno pukały. Najczęściej w domu nikogo nie było, klucz wisiał na kołku, a krzywe, ale starannie rzeźbione drzwi przymknięte były na haczyk. Wtedy dzieci szukały Murielowej w ogródku lub w obórce.

W obórce mieszkała koza uparciuszka – Mećka. Mećka była właścicielką białego, szorstkiego futerka, wyliniałego krótkiego ogonka i rogów zakrzywio­nych jak sierpy oraz tak zwanego charakteru. Co rano trzeba było siłą wyprowa­dzać na pastwisko, ciągnąc na sznurku, opierające się i meczące stworzenie, chyba że miało się kilka marchewek lub pietruszek. Wtedy Mećka drobiła po­słusznymi kroczkami, bez zbędnego oporu, podgryzając tylko od czasu do czasu przysmak. Babucha podejrzewała, że koza mogłaby tak dojść do samego piekła i nawet dalej. Zwykle dochodziła jednak tylko do podmokłej łąki Waligóry, gdzie pasła się przy kępie niskich wierzb.

Koza uwielbiała też jeść szmaciane chodniki, zasłonki z okien, buty, a raz spałaszowała z całkowitym spokojem kapsel z Pokemonem, który wypadł Jasiowi z kieszeni. Pomimo tego nieznośnego charakteru, Babucha ko­chała Mećkę i uważała ją za święte stworzenie. Bo koza dawała wspaniałe, kre­mowe, tłuste mleko. W tym mleku Drozdowa na śniadanie maczała bułkę, na obiad – chleb, a kolację stanowiły rozmoczone herbatniki. Gdy staruszka gła­skała twarde futro zwierzaka, na jej twarzy wyrzeźbionej słońcem i wiatrem pojawiał się szeroki bezzębny uśmiech, przypominający słynny uśmiech Gand­hiego.

 

*

 

Późnym wieczorem, gdy Jaś już spał, wybrałyśmy się z mamą do naszego Sanktuarium. Słońce już zaszło i w Mrocznym Zagajniku szybko robiło się ciemno. Mama niosła niewielką łopatkę, ja – malutką drewnianą szkatułkę. Wewnątrz niej umieściłyśmy jaspisowe, olbrzymie kolczyki, które mama odziedziczyła po babci.

Gdy dotarłyśmy do ołtarza, nie zwlekając zabrałyśmy się do roboty. Ja świeciłam latarką, a mama ostrożnie zdejmowała mech wraz z ziemią, rosnący z tyłu malowanej skrzynki. Później wykopała niewielki dół i w to miejsce włożyła szkatułkę. Przykryła ją starannie piaskiem i nienaruszonym mchem. Zamknęła oczy, a wówczas usłyszałam Ciszę w całej jej potędze.

Powoli wracałyśmy polną ścieżką. Światło, zostawione w kuchni, na wypa­dek gdyby obudził się Jaś, czyniło z naszego domu bajkową chatkę. A mi zrobiło się żal tych starych kolczyków ozdobionych zielonym jaspisem, choć mama była pewna, że ani ja, ani ona nie będziemy ich nosić, a przecież nie można było sprzedać czy wydać pamiątki po kimś bliskim. Za to biżuteria zako­pana głęboko, złożona w ofierze pradawnej bogini: Ziemi-Matce, będzie praco­wać na naszą korzyść. Ta odwieczna bogini włada naszymi uczuciami i pomoże mojej mamie w odnalezieniu miłości.

 

*

 

Wracając ze sklepiku w Radosnej, wstąpiliśmy po drodze do Astronoma. Na ścianach w jego salonie wiszą wielkie mapy nieba, a z sufitów zwieszają się zakurzone makiety samolotów i żaglowców. Trochę się tu czuję jak w pokoju Jasia, on też gromadzi samoloty, statki, no i jeszcze samochody. Astronom nie miał w domu niczego smacznego do jedzenia, a bardzo chciał nas czymś poczę­stować i wymyślił zsiadłe mleko. Mama zachwycała się tym mlekiem, że niby takie twarde i pachnące, ale ja tam nie lubię kwaśnego mleka. Nie piję go, odkąd się dowiedziałam, że pełno w nim bakterii. Gdy Paweł z mamą opijali się mle­kiem, wszedł pan Chruściel.

–   Dzień dobry!

–   O, witamy radnego! A jaka to sprawa was do mnie sprowadza?

–   Ja wedle mostku na naszej Dziwożnie, o który monitowaliście i słaliście pi­sma do urzędu. Krótko mówiąc... na dzień dzisiejszy nic się nie da zrobić.

–    Nic? – Paweł był wyraźnie zawiedziony. – Bigotowa też umywa ręce, a to przecież wasza wioska. To kiedy coś zrobicie? Jak już zdarzy się nieszczęście?

–   Dokładnie, ale nic nie poradzę. Nie ma w gminie funduszy. Poza tym święty Nepomucen strzeże mostu – Chruściel uśmiechnął się półgębkiem.

–   Aaa... – Paweł coś sobie przypomniał. – A w nocy, to nic wam nie przeszkadzało, sąsiedzie?

–   Nie, ja mam mocny sen. A hałasował ktoś po ciemku? – Gość wyraźnie się spłoszył. – Ja tam nic nie słyszał. Tak... do widzenia.

–   Do widzenia. – Spojrzeliśmy ze zdziwieniem na koślawą sylwetkę, znika­jącą szybko w drzwiach.

–   Czegoś się przestraszył? – spytała mama, ale Astronom nie miał poję­cia.

Wychodząc natknęliśmy się na Ryśkową w otoczeniu jej „dworu”, czyli Jasioczki i Stachurzyny, kobiet pod osiemdziesiątkę, również opatulonych w chusty. Podobne do siebie jak dwie krople wody, różniły się jedynie tym, że Jasioczka była chuda jak kij od miotły, zgięta w pół, a Stachurzyna przysadzista niby kopa siana. Ryśkowa z miejsca podniosła lament:

–   Ktuś po nocach spać ludziom nie daje, ino ciągiem rumota a klamota. Rano człowiek całkiem stetrany łod tygo hałasu. Nie Pawył to czasami, nie wicie wy? – Spojrzała ostro na mamę.

–   Ee... – stęknęła Jasioczka – chyba nie łyn, to z inszej strony. Tak klekota wedle północka nad rzekom, że mnie całkiem śpik łodbiega. Nie Pawył to ale.

–   Jak nie łyn? Jak nie łyn? – zacietrzewiła się Stachurzyna – przecie nie radny.

–   Czy ja gadom, że radny? Po mojemu to tam gdziesik rumota. – I Jasioczka wskazała żylastą dłonią na kępkę rosochatych wierzb, rosnących z tyłu zabudowań Pawła i Chruściela, na podmokłej łące tuż przy rzece.

–   Aa... chyba że we wierzbach – przytaknęła jej Stachurzyna.

–   Tfu! – splunęła Ryśkowa i prawą ręką szybko się przeżegnała. – Wiadomo to, że we wierzbach wszelakie zło siedzi.

–   Jakie zło? – zaciekawiłam się.

–   A Smółka siedzi.

–   Lury walicie, Stachurzyna, lury, mówię wam! Smółka dawnij siedział, racja, a ile trzeszczoków i łopilców zwabił i natopił w rzece, to zaś nie naliczysz. Ten to lubiał na fujarce wierzbowej grać, a przywabiać, pokuśnik jedyn. Ale jak grał, ło Jezu Najsłodszy! Raz sama słyszałam, chocia mała jako knypek byłam natenczas. Tera zaś siedzi Wideracki diaboł, co próchnem świeci po ciemnicy, jak kto w dziuplę szpycuje.

–   A co wy, Jasioczka, pierdolicie po próżnicy? To nie wiecie, że w jamach wierzbowych rozsiadł się polny diaboł? – Z wiedzą pokiwała głową Ryśkowa i smarknęła w palce. – Każdy jedyn go widział we wsi.

–   Każdy jeden, ale po ćmoku i jak nałojony był, tak i mory mógł nie rozeznać po pijaku. Może polny Rokietnik go straszył, może Wideracki – bagienny – nie dawała za wygraną chuda kuma.

–   Nie piekłoszcz się ino, Jasioczka. Rokita czy Wideracki diaboł – jedno czarcie nasienie – pogodziła je Stachurzyna.

 

*

 

Tomek szybko i z wprawą czyścił końskie boksy. Dokładnie wybierał zle­żałą, mokrą słomę i nawóz, następnie rozrzucał świeżą ściółkę. Wyczyszczenie stajni zabierało chłopcu nie więcej niż pół godziny, a do pracy zabierał się raz na tydzień lub rzadziej. Boksy nie były specjalnie zawalone nawozem, ponieważ konie całe dnie i noce spędzały na wielkim pastwisku, otoczonym żerdziami i pastuchem. Do stajni przychodziły tylko po wodę i owies, który dostawały rano i wieczorem. Mróz czy deszcz nie przeszkadzały im w spokojnym, systematycz­nym skubaniu trawy, co najwyżej upał, rój meszek albo uporczywy i zimny wiatr sprawiały, że szukały schronienia w stajni.

Gdy Tomek kończył robotę, rozrzucając czystą słomę na ziemi, cicho pode­szła Joasia.

–   Tomaj, dzisiaj przy młynie? – zapytała szeptem. – O czwartej? Tylko nic nie gadaj mojej mamie, jeszcze mnie nie puści. I weź ze sobą dwie maski. Dzisiaj ja też będę nurkować.

–   Na pewno? Woda w rzece jest kretyńsko zimna.

–   Spokojnie! No to... – rozejrzała się dookoła. – Cześć! – i szybko zniknęła za drzwiami stajni.

 

*

 

Ostatni roboczy apel przed końcem roku. W sali gimnastycznej, w której panuje upał i duchota, bo zakratowane okna się nie otwierają, wszyscy się już zgromadzili, oprócz dyrekcji. Zniecierpliwione szeregi uczniów falują i szem­rzą. Ucisza je dopiero energiczny stukot pokaźnych obcasów, zwiastun nadcią­gającej Dyry. Rzeczywiście, za moment zjawia się Kopytko w towarzystwie mi­krej postury zastępcy. Czuję, jak świat się ochładza i ciemnieje – i o dziwo nie jest to tylko pusta metafora oddająca stan mojego ducha – to nasza kochana pani dyrektor przechodząc, zasłoniła swym masywnym ciałem słońce, którego pro­mienie padały mi dotychczas na twarz.

–   Witam wszystkich, a szczególnie drogą młodzież, w dniu dzisiejszym! I tak, wspólnymi siłami, dobrnęliśmy prawie do finalnego końca bieżącego roku szkolnego. Mówię: „dobrnęliśmy prawie”, bo zebrały nas tu sprawy niecierpiące zwłoki, związane z tym jeszcze rokiem, a które nie mogą poczekać do września. I dopóki ich nie rozwią­żemy, nikt nie będzie leżał do góry brzuchem. Nasza szkoła, szkoła, która leży w kraju, który dał światu tak zasłużonych ludzi, jak Mikołaj Kopernik i Jan Pa­weł II, nie może dawać gminie złego przykładu. Więc po primo: sprawa pęk­niętego sedesu w łazience chłopców na I piętrze. Dysponujemy następującymi poszlakami: pani woźna wczoraj po południu usłyszała jakieś wybuchy – podej­rzewamy, że ktoś używał petard. Kto i po co? Oto jest pytanie! Nie wiemy, bo nie złapaliśmy deli... de... – tu Dyra się wyraźnie zakapućkała, więc poprawiła kunsztowną fryzurę koloru smoły, żeby zyskać na czasie i wybrnęła cał­kiem zgrabnie – de... natów na gorącym uczynku. Ale moja w tym głowa, żeby się dowiedzieć, kto w sprawie wzmiankowanego sedesu maczał palce.

W tym momencie kilku chłopców z tylnych rzędów parsknęło po cichu śmiechem i z głupimi minami zaczęło udawać, że zanurzają palce w czymś obrzydliwym i śmierdzącym.

–   Problem ten jest poważny, ponieważ nie tylko naraża szkołę na dodat­kowe i niespodziewane koszta, ale świadczy o podejściu niektórych uczniów do szkolnego mienia. Ci uczniowie, którzy mają szkołę i muchy w nosie, choć sami mają jeszcze pod wspomnianym nosem mleko, narażają na szwank dobre imię pozostałych kolegów. Po secundo...

Dalszych uczonych wywodów naszej Dyry nie słyszałam. Od pewnego czasu przesuwałam się nieznacznie w prawo, aż ukryłam się za plecami histo­ryka. Wyjęłam z torebki książkę „Jak zmierzyć wszechświat” i z ulgą zagłębi­łam się w lekturze. Podczas takich przemówień dobrze robi dystans co najmniej kilku lat świetlnych.

 

*

 

W śnie cofam się do czasów Początku Istnienia. Kładę się na szumiącym brzegu, mój brzuch faluje odpływami morza. Śnię o kołyszącym zapachu, czuję ciszę i ciemność oceanów. Kurczę się do wielkości orzecha włoskiego, po bo­kach głowy wyrastają mi oczy delfina, a ogonek kijanki powoli zanika. Poru­szam płetwiastymi łapkami. Nie jestem zdecydowana na płuca, więc wytwarzam zaczątki skrzeli. Może się przydadzą w wielkich, ciepłych wodach? Moje pół­przezroczyste myśli pływają w zabawnie wyolbrzymionej głowie.

Gdy nadejdzie Czas Narodzin, zapomnę o podwodnym bycie. Będzie on tak nierealny, jak teraz nierealne jest niebo.

 

*

 

Paweł stwierdził, że znudziły mu się już ćwiczenia na padoku i chciałby pojechać z Jagodą w teren. Osiodłali więc konie i wczesnym sobotnim rankiem ruszyli w las. Sosny pięły się nad nimi wysoko w górę lub malowniczo przecią­gały nad drogą. Błyszcząca intensywnie zieleń, jeszcze nie zakurzona letnimi upałami, mieszała się z białymi gronami przekwitających kwiatów czeremchy, głogu i kaliny.

Paweł, który jechał pierwszy, ponaglił Beduina i po chwili już galopował. Wałach ciągle przyspieszał, aż przeszedł w cwał, a Jagoda z przerażeniem za­uważyła, że jeździec nie panuje nad koniem. Krzyknęła:

–   Skróć i skręć wodze! – i zaczęła wyprzedzać Pawła. Epona położyła po sobie uszy i wyciągnęła się jak struna. Po kilkunastu sekundach klacz znalazła się z przodu i Jagoda zaczęła wytracać szybkość. Wałach, nie mając wyboru na wąskiej ścieżce, również zwolnił. Przeszli do kłusa, po chwili do stępa. Jagoda obróciła się do tyłu:

–   I jak, żyjesz?

–   Dzięki tobie, mój ty księciu na białym koniu! – Paweł nie wyglądał na przestraszonego.

–   Chyba: księżniczko.

–   A widziałaś kiedyś księżniczkę, dosiadającą klacz i na dodatek ratującą rycerza na rozszalałym wałachu?

–   To trzeba to zmienić!

–   Ciekawe, jak? – zainteresował się.

 

 

BAŚŃ DRUGA

O SZKLANEJ GÓRZE

Baj, baju,

w zamorskim kraju

żyła, była

czarownica.

Zła jędza,

okrutna złośnica.

Jak nieszczęście

żółte lica,

oczy ropuchy,

nos z ziemniaka.

Słowem:

brzydka taka!

Nikt jej nie chciał.

Nie dziwota:

ożenić się z taką

to sromota.

W rozpaczy

się czarownica miota:

„Latka lecą,

mija uroda,

a ja jak nie mam,

tak nie mam chłopa.

Obrażona, zawiedziona

rzecze:

„Mój ból

synem królewskim uleczę.”

Jak postanowiła,

tak zrobiła.

Smok,

smok na jej rozkazy!

A tu jeszcze

głaz na głazy

i powstaje

Szklana Góra.

Pod nią: ziemia mała,

nad nią: biała chmura.

Zamek wysoki, w zamku alkierzyk.

Królewicz tu czarnooki

o bielusieńkich rękach

siedzi z igiełką przy krosienkach...

–   Dlaczego: bielusieńkich? – krzywi się Joasia.

–   Bo wtedy opalenizna nie była w modzie – żartuje Jagoda.

–   A mnie się wydaje, że ja już tę baśń słyszałem, tylko ona była trochę inna – zauważa Jaś.

–   To może tak:

 

Zamek wysoki, w zamku alkierzyk.

Królewicz tu niby żołnierzyk

bez przerwy śniąc o bohaterze

zabija gady na komputerze.

Wtem smok wlatuje do alkierza!

Królewicz w te pędy

pod łóżko swe zmierza,

ponieważ bardzo boi się zwierza.

Czarodziejka zła, smok ponury

strzegą księcia i góry.

Na szczycie góry książę śpiewa,

a czarownica poziewa.

Książę ręce załamuje:

„Kto mnie tutaj uratuje?”

Usłyszała o księciu Rozalka,

co nad życie

lubuje się w walkach.

Dosiada rumaka dzielnego

i bieży do smoka przezłego

Chwila – osiąga szczyt!

Wtem – jęk i brzdęk, i zgrzyt!

Toczy się smocza głowa,

królewicz klęka i słowa

czułe kieruje do panny,

a ona się płoni i chowa,

przed młodzieńcem jak słońce

ucieka z góry błyszczącej.

–   Mamut, tak się nie kończy baśni – Joasia jest zawiedziona. – A co się stało z Rozalką i księciem?

–   Jak to: co? – dziwi się Jaś. – Ożenili się. Bajki o królewiczach i pan­nach zawsze się tak kończą.

 



Komentarze  

 
+1 #1 Zjawy nieczysteJarosław Malesiński 2011-07-31 10:54
A i owszem, pięknie napisane. O wierzbowych diabłach to wszyscy wiedzą, ale POŁUDNICE...te ci są u nas pierwszej urody. Ostatnio między kombajnami taką widziałem, ale kombajniści nawet gdy słońce było w zenicie roboty nie zatrzymali. Oj kuszą los młode chłopaki, jak im żony z pociechami na pole zajdą , to się będą mieli z pyszna. No przecie tragedia gotowa - oj tak to jest, jak się ojców nie sucha i na starożytne mądrości pluje....
Cytować
 

statystyki

169628
DzisiajDzisiaj255
WczorajWczoraj325
Ten tydzieńTen tydzień580
Twoje IP :38.107.179.236
Zalogowanych: 0
On-line: 22

Pogoda

Mieczewo
Opiekę sprawuje Studio Przy Lesie