Zalogowani użytkownicy
BrakOstatnie fraszki:
Galeria foto
Podobne tematy
Sonda
Z jakiego operatora usług korzystasz (dostawca internetu):
Wszystkich glosow: 38
Ostatnio skomentowano:
- Ania Kuśnierczak nagrodzona
:-) Teraz jestem usatysfakcjonow ana. Dziękuję za ...
29.04.12 22:44 - Ania Kuśnierczak nagrodzona
przesylam link do audycji emitowanej w radiowej JE...
29.04.12 07:44 - Angielski w Mieczewie
Informuję, że są jeszcze wolne miejsca, więc zapra...
24.04.12 02:32 - Czas Mosiny
Szczególnie powinny nas zainteresować strona 10 i ...
23.04.12 10:44
Czarownica z Radosnej cz.2
Aktualizacja: środa, 31 sierpnia 2011 13:11 Wpisany przez Zofia Staniszewska niedziela, 31 lipca 2011 08:03
Powieść
Zofia Staniszewska
Czarownica z Radosnej cz. 2
ROZDZIAŁ II
Nocną porą podąża na szczyt góry,gdzie odwieczny stoi kamlot ponury,
dziwożona, bieśnica, pokuśnica,
sunie za nią wszelaka martwica...
Joasia z braciszkiem chodzili nad staw we wsi przyglądać się dzikim kaczkom. Staw był mały i okrągły, porośnięty trzciną i starymi łopianami. Na ogromnych łopianowych liściach w kształcie serca wylegiwały się tłuste ślimaki jak w baśni Andersena. Drażniąco pachniało tu stojącą wodą, mokrymi trzcinami i białymi odchodami kaczek i gęsi. Gdy rodzeństwo napatrzyło się już na staw i ptactwo, zaglądało do siwiutkiej Murielowej, zwanej przez wszystkich Babuchą. Babucha była cała szara, oprócz oczu, które miały taki sam kolor, co żółto-zielona trawa porastająca łączkę, na której wypasały się gęsi. Murielowa mieszkała na skraju wsi na niewielkim wzgórku, w drewnianej chatce z kamienną podmurówką. Chatkę tę zbudowano tuż przed I wojną światową i stała tak do dzisiaj w niezmienionym kształcie. Co roku na wiosnę Babucha „bieliła” jej ściany niebieskim wapnem. Przed domkiem znajdowała się jedyna w Radosnej studnia na drewnianą korbę. Studnia była głęboka i wyciągana z niej woda zawsze była tak zimna, że aż zęby cierpły, gdy się ją piło. Murielowa sama chodziła z wiadrami, uczepionymi na nosidłach, po wodę, bo mimo wieku siły jej dopisywały. A ile lat miała Babucha? Może osiemdziesiąt, może znacznie, znacznie więcej. Murielowa nie zawracała sobie głowy liczbami, bo cóż to zmieniało?
Jaś i Joasia co kilka dni wbiegali na wzgórek Babuchy. Tu w cieniu wysokiego modrzewia stała koślawa ławka, oparta o wyszczerbiony płot. Na płocie suszyły się dzbanki i wiadra, nierzadko też świeżo wyprane szmaciane, kolorowe chodniczki. Za furtką biegła koliście ścieżka wyłożona obłymi kamieniami. Prowadziła do trzech schodków. Dzieci wbiegały po schodkach i mocno pukały. Najczęściej w domu nikogo nie było, klucz wisiał na kołku, a krzywe, ale starannie rzeźbione drzwi przymknięte były na haczyk. Wtedy dzieci szukały Murielowej w ogródku lub w obórce.
W obórce mieszkała koza uparciuszka – Mećka. Mećka była właścicielką białego, szorstkiego futerka, wyliniałego krótkiego ogonka i rogów zakrzywionych jak sierpy oraz tak zwanego charakteru. Co rano trzeba było siłą wyprowadzać na pastwisko, ciągnąc na sznurku, opierające się i meczące stworzenie, chyba że miało się kilka marchewek lub pietruszek. Wtedy Mećka drobiła posłusznymi kroczkami, bez zbędnego oporu, podgryzając tylko od czasu do czasu przysmak. Babucha podejrzewała, że koza mogłaby tak dojść do samego piekła i nawet dalej. Zwykle dochodziła jednak tylko do podmokłej łąki Waligóry, gdzie pasła się przy kępie niskich wierzb.
Koza uwielbiała też jeść szmaciane chodniki, zasłonki z okien, buty, a raz spałaszowała z całkowitym spokojem kapsel z Pokemonem, który wypadł Jasiowi z kieszeni. Pomimo tego nieznośnego charakteru, Babucha kochała Mećkę i uważała ją za święte stworzenie. Bo koza dawała wspaniałe, kremowe, tłuste mleko. W tym mleku Drozdowa na śniadanie maczała bułkę, na obiad – chleb, a kolację stanowiły rozmoczone herbatniki. Gdy staruszka głaskała twarde futro zwierzaka, na jej twarzy wyrzeźbionej słońcem i wiatrem pojawiał się szeroki bezzębny uśmiech, przypominający słynny uśmiech Gandhiego.
*
Późnym wieczorem, gdy Jaś już spał, wybrałyśmy się z mamą do naszego Sanktuarium. Słońce już zaszło i w Mrocznym Zagajniku szybko robiło się ciemno. Mama niosła niewielką łopatkę, ja – malutką drewnianą szkatułkę. Wewnątrz niej umieściłyśmy jaspisowe, olbrzymie kolczyki, które mama odziedziczyła po babci.
Gdy dotarłyśmy do ołtarza, nie zwlekając zabrałyśmy się do roboty. Ja świeciłam latarką, a mama ostrożnie zdejmowała mech wraz z ziemią, rosnący z tyłu malowanej skrzynki. Później wykopała niewielki dół i w to miejsce włożyła szkatułkę. Przykryła ją starannie piaskiem i nienaruszonym mchem. Zamknęła oczy, a wówczas usłyszałam Ciszę w całej jej potędze.
Powoli wracałyśmy polną ścieżką. Światło, zostawione w kuchni, na wypadek gdyby obudził się Jaś, czyniło z naszego domu bajkową chatkę. A mi zrobiło się żal tych starych kolczyków ozdobionych zielonym jaspisem, choć mama była pewna, że ani ja, ani ona nie będziemy ich nosić, a przecież nie można było sprzedać czy wydać pamiątki po kimś bliskim. Za to biżuteria zakopana głęboko, złożona w ofierze pradawnej bogini: Ziemi-Matce, będzie pracować na naszą korzyść. Ta odwieczna bogini włada naszymi uczuciami i pomoże mojej mamie w odnalezieniu miłości.
*
Wracając ze sklepiku w Radosnej, wstąpiliśmy po drodze do Astronoma. Na ścianach w jego salonie wiszą wielkie mapy nieba, a z sufitów zwieszają się zakurzone makiety samolotów i żaglowców. Trochę się tu czuję jak w pokoju Jasia, on też gromadzi samoloty, statki, no i jeszcze samochody. Astronom nie miał w domu niczego smacznego do jedzenia, a bardzo chciał nas czymś poczęstować i wymyślił zsiadłe mleko. Mama zachwycała się tym mlekiem, że niby takie twarde i pachnące, ale ja tam nie lubię kwaśnego mleka. Nie piję go, odkąd się dowiedziałam, że pełno w nim bakterii. Gdy Paweł z mamą opijali się mlekiem, wszedł pan Chruściel.
– Dzień dobry!
– O, witamy radnego! A jaka to sprawa was do mnie sprowadza?
– Ja wedle mostku na naszej Dziwożnie, o który monitowaliście i słaliście pisma do urzędu. Krótko mówiąc... na dzień dzisiejszy nic się nie da zrobić.
– Nic? – Paweł był wyraźnie zawiedziony. – Bigotowa też umywa ręce, a to przecież wasza wioska. To kiedy coś zrobicie? Jak już zdarzy się nieszczęście?
– Dokładnie, ale nic nie poradzę. Nie ma w gminie funduszy. Poza tym święty Nepomucen strzeże mostu – Chruściel uśmiechnął się półgębkiem.
– Aaa... – Paweł coś sobie przypomniał. – A w nocy, to nic wam nie przeszkadzało, sąsiedzie?
– Nie, ja mam mocny sen. A hałasował ktoś po ciemku? – Gość wyraźnie się spłoszył. – Ja tam nic nie słyszał. Tak... do widzenia.
– Do widzenia. – Spojrzeliśmy ze zdziwieniem na koślawą sylwetkę, znikającą szybko w drzwiach.
– Czegoś się przestraszył? – spytała mama, ale Astronom nie miał pojęcia.
Wychodząc natknęliśmy się na Ryśkową w otoczeniu jej „dworu”, czyli Jasioczki i Stachurzyny, kobiet pod osiemdziesiątkę, również opatulonych w chusty. Podobne do siebie jak dwie krople wody, różniły się jedynie tym, że Jasioczka była chuda jak kij od miotły, zgięta w pół, a Stachurzyna przysadzista niby kopa siana. Ryśkowa z miejsca podniosła lament:
– Ktuś po nocach spać ludziom nie daje, ino ciągiem rumota a klamota. Rano człowiek całkiem stetrany łod tygo hałasu. Nie Pawył to czasami, nie wicie wy? – Spojrzała ostro na mamę.
– Ee... – stęknęła Jasioczka – chyba nie łyn, to z inszej strony. Tak klekota wedle północka nad rzekom, że mnie całkiem śpik łodbiega. Nie Pawył to ale.
– Jak nie łyn? Jak nie łyn? – zacietrzewiła się Stachurzyna – przecie nie radny.
– Czy ja gadom, że radny? Po mojemu to tam gdziesik rumota. – I Jasioczka wskazała żylastą dłonią na kępkę rosochatych wierzb, rosnących z tyłu zabudowań Pawła i Chruściela, na podmokłej łące tuż przy rzece.
– Aa... chyba że we wierzbach – przytaknęła jej Stachurzyna.
– Tfu! – splunęła Ryśkowa i prawą ręką szybko się przeżegnała. – Wiadomo to, że we wierzbach wszelakie zło siedzi.
– Jakie zło? – zaciekawiłam się.
– A Smółka siedzi.
– Lury walicie, Stachurzyna, lury, mówię wam! Smółka dawnij siedział, racja, a ile trzeszczoków i łopilców zwabił i natopił w rzece, to zaś nie naliczysz. Ten to lubiał na fujarce wierzbowej grać, a przywabiać, pokuśnik jedyn. Ale jak grał, ło Jezu Najsłodszy! Raz sama słyszałam, chocia mała jako knypek byłam natenczas. Tera zaś siedzi Wideracki diaboł, co próchnem świeci po ciemnicy, jak kto w dziuplę szpycuje.
– A co wy, Jasioczka, pierdolicie po próżnicy? To nie wiecie, że w jamach wierzbowych rozsiadł się polny diaboł? – Z wiedzą pokiwała głową Ryśkowa i smarknęła w palce. – Każdy jedyn go widział we wsi.
– Każdy jeden, ale po ćmoku i jak nałojony był, tak i mory mógł nie rozeznać po pijaku. Może polny Rokietnik go straszył, może Wideracki – bagienny – nie dawała za wygraną chuda kuma.
– Nie piekłoszcz się ino, Jasioczka. Rokita czy Wideracki diaboł – jedno czarcie nasienie – pogodziła je Stachurzyna.
*
Tomek szybko i z wprawą czyścił końskie boksy. Dokładnie wybierał zleżałą, mokrą słomę i nawóz, następnie rozrzucał świeżą ściółkę. Wyczyszczenie stajni zabierało chłopcu nie więcej niż pół godziny, a do pracy zabierał się raz na tydzień lub rzadziej. Boksy nie były specjalnie zawalone nawozem, ponieważ konie całe dnie i noce spędzały na wielkim pastwisku, otoczonym żerdziami i pastuchem. Do stajni przychodziły tylko po wodę i owies, który dostawały rano i wieczorem. Mróz czy deszcz nie przeszkadzały im w spokojnym, systematycznym skubaniu trawy, co najwyżej upał, rój meszek albo uporczywy i zimny wiatr sprawiały, że szukały schronienia w stajni.
Gdy Tomek kończył robotę, rozrzucając czystą słomę na ziemi, cicho podeszła Joasia.
– Tomaj, dzisiaj przy młynie? – zapytała szeptem. – O czwartej? Tylko nic nie gadaj mojej mamie, jeszcze mnie nie puści. I weź ze sobą dwie maski. Dzisiaj ja też będę nurkować.
– Na pewno? Woda w rzece jest kretyńsko zimna.
– Spokojnie! No to... – rozejrzała się dookoła. – Cześć! – i szybko zniknęła za drzwiami stajni.
*
Ostatni roboczy apel przed końcem roku. W sali gimnastycznej, w której panuje upał i duchota, bo zakratowane okna się nie otwierają, wszyscy się już zgromadzili, oprócz dyrekcji. Zniecierpliwione szeregi uczniów falują i szemrzą. Ucisza je dopiero energiczny stukot pokaźnych obcasów, zwiastun nadciągającej Dyry. Rzeczywiście, za moment zjawia się Kopytko w towarzystwie mikrej postury zastępcy. Czuję, jak świat się ochładza i ciemnieje – i o dziwo nie jest to tylko pusta metafora oddająca stan mojego ducha – to nasza kochana pani dyrektor przechodząc, zasłoniła swym masywnym ciałem słońce, którego promienie padały mi dotychczas na twarz.
– Witam wszystkich, a szczególnie drogą młodzież, w dniu dzisiejszym! I tak, wspólnymi siłami, dobrnęliśmy prawie do finalnego końca bieżącego roku szkolnego. Mówię: „dobrnęliśmy prawie”, bo zebrały nas tu sprawy niecierpiące zwłoki, związane z tym jeszcze rokiem, a które nie mogą poczekać do września. I dopóki ich nie rozwiążemy, nikt nie będzie leżał do góry brzuchem. Nasza szkoła, szkoła, która leży w kraju, który dał światu tak zasłużonych ludzi, jak Mikołaj Kopernik i Jan Paweł II, nie może dawać gminie złego przykładu. Więc po primo: sprawa pękniętego sedesu w łazience chłopców na I piętrze. Dysponujemy następującymi poszlakami: pani woźna wczoraj po południu usłyszała jakieś wybuchy – podejrzewamy, że ktoś używał petard. Kto i po co? Oto jest pytanie! Nie wiemy, bo nie złapaliśmy deli... de... – tu Dyra się wyraźnie zakapućkała, więc poprawiła kunsztowną fryzurę koloru smoły, żeby zyskać na czasie i wybrnęła całkiem zgrabnie – de... natów na gorącym uczynku. Ale moja w tym głowa, żeby się dowiedzieć, kto w sprawie wzmiankowanego sedesu maczał palce.
W tym momencie kilku chłopców z tylnych rzędów parsknęło po cichu śmiechem i z głupimi minami zaczęło udawać, że zanurzają palce w czymś obrzydliwym i śmierdzącym.
– Problem ten jest poważny, ponieważ nie tylko naraża szkołę na dodatkowe i niespodziewane koszta, ale świadczy o podejściu niektórych uczniów do szkolnego mienia. Ci uczniowie, którzy mają szkołę i muchy w nosie, choć sami mają jeszcze pod wspomnianym nosem mleko, narażają na szwank dobre imię pozostałych kolegów. Po secundo...
Dalszych uczonych wywodów naszej Dyry nie słyszałam. Od pewnego czasu przesuwałam się nieznacznie w prawo, aż ukryłam się za plecami historyka. Wyjęłam z torebki książkę „Jak zmierzyć wszechświat” i z ulgą zagłębiłam się w lekturze. Podczas takich przemówień dobrze robi dystans co najmniej kilku lat świetlnych.
*
W śnie cofam się do czasów Początku Istnienia. Kładę się na szumiącym brzegu, mój brzuch faluje odpływami morza. Śnię o kołyszącym zapachu, czuję ciszę i ciemność oceanów. Kurczę się do wielkości orzecha włoskiego, po bokach głowy wyrastają mi oczy delfina, a ogonek kijanki powoli zanika. Poruszam płetwiastymi łapkami. Nie jestem zdecydowana na płuca, więc wytwarzam zaczątki skrzeli. Może się przydadzą w wielkich, ciepłych wodach? Moje półprzezroczyste myśli pływają w zabawnie wyolbrzymionej głowie.
Gdy nadejdzie Czas Narodzin, zapomnę o podwodnym bycie. Będzie on tak nierealny, jak teraz nierealne jest niebo.
*
Paweł stwierdził, że znudziły mu się już ćwiczenia na padoku i chciałby pojechać z Jagodą w teren. Osiodłali więc konie i wczesnym sobotnim rankiem ruszyli w las. Sosny pięły się nad nimi wysoko w górę lub malowniczo przeciągały nad drogą. Błyszcząca intensywnie zieleń, jeszcze nie zakurzona letnimi upałami, mieszała się z białymi gronami przekwitających kwiatów czeremchy, głogu i kaliny.
Paweł, który jechał pierwszy, ponaglił Beduina i po chwili już galopował. Wałach ciągle przyspieszał, aż przeszedł w cwał, a Jagoda z przerażeniem zauważyła, że jeździec nie panuje nad koniem. Krzyknęła:
– Skróć i skręć wodze! – i zaczęła wyprzedzać Pawła. Epona położyła po sobie uszy i wyciągnęła się jak struna. Po kilkunastu sekundach klacz znalazła się z przodu i Jagoda zaczęła wytracać szybkość. Wałach, nie mając wyboru na wąskiej ścieżce, również zwolnił. Przeszli do kłusa, po chwili do stępa. Jagoda obróciła się do tyłu:
– I jak, żyjesz?
– Dzięki tobie, mój ty księciu na białym koniu! – Paweł nie wyglądał na przestraszonego.
– Chyba: księżniczko.
– A widziałaś kiedyś księżniczkę, dosiadającą klacz i na dodatek ratującą rycerza na rozszalałym wałachu?
– To trzeba to zmienić!
– Ciekawe, jak? – zainteresował się.
BAŚŃ DRUGA
O SZKLANEJ GÓRZE
Baj, baju,
w zamorskim kraju
żyła, była
czarownica.
Zła jędza,
okrutna złośnica.
Jak nieszczęście
żółte lica,
oczy ropuchy,
nos z ziemniaka.
Słowem:
brzydka taka!
Nikt jej nie chciał.
Nie dziwota:
ożenić się z taką
to sromota.
W rozpaczy
się czarownica miota:
„Latka lecą,
mija uroda,
a ja jak nie mam,
tak nie mam chłopa.
Obrażona, zawiedziona
rzecze:
„Mój ból
synem królewskim uleczę.”
Jak postanowiła,
tak zrobiła.
Smok,
smok na jej rozkazy!
A tu jeszcze
głaz na głazy
i powstaje
Szklana Góra.
Pod nią: ziemia mała,
nad nią: biała chmura.
Zamek wysoki, w zamku alkierzyk.
Królewicz tu czarnooki
o bielusieńkich rękach
siedzi z igiełką przy krosienkach...
– Dlaczego: bielusieńkich? – krzywi się Joasia.
– Bo wtedy opalenizna nie była w modzie – żartuje Jagoda.
– A mnie się wydaje, że ja już tę baśń słyszałem, tylko ona była trochę inna – zauważa Jaś.
– To może tak:
Zamek wysoki, w zamku alkierzyk.
Królewicz tu niby żołnierzyk
bez przerwy śniąc o bohaterze
zabija gady na komputerze.
Wtem smok wlatuje do alkierza!
Królewicz w te pędy
pod łóżko swe zmierza,
ponieważ bardzo boi się zwierza.
Czarodziejka zła, smok ponury
strzegą księcia i góry.
Na szczycie góry książę śpiewa,
a czarownica poziewa.
Książę ręce załamuje:
„Kto mnie tutaj uratuje?”
Usłyszała o księciu Rozalka,
co nad życie
lubuje się w walkach.
Dosiada rumaka dzielnego
i bieży do smoka przezłego
Chwila – osiąga szczyt!
Wtem – jęk i brzdęk, i zgrzyt!
Toczy się smocza głowa,
królewicz klęka i słowa
czułe kieruje do panny,
a ona się płoni i chowa,
przed młodzieńcem jak słońce
ucieka z góry błyszczącej.
– Mamut, tak się nie kończy baśni – Joasia jest zawiedziona. – A co się stało z Rozalką i księciem?
– Jak to: co? – dziwi się Jaś. – Ożenili się. Bajki o królewiczach i pannach zawsze się tak kończą.
























Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.