Zalogowani użytkownicy
BrakOstatnie fraszki:
Galeria foto
Sonda
Z jakiego operatora usług korzystasz (dostawca internetu):
Wszystkich glosow: 38
Ostatnio skomentowano:
- Spotkanie z burmistrzem
Pozwoliłem sobie wysłać informacje do p. Burmistr...
17.05.12 13:50 - Spotkanie z burmistrzem
Niejedna prośba była w kierunku p. Burmistrz, np. ...
17.05.12 13:31 - Spotkanie z burmistrzem
Na prośbę burmistrza !? Co jest grane – przecież t...
16.05.12 09:53 - Spotkanie z burmistrzem
To na wyraźną prośbę burmistrza jest zwołane to ze...
16.05.12 07:07
Napoleon w markecie
Aktualizacja: czwartek, 09 grudnia 2010 11:39 Wpisany przez Ania piątek, 22 stycznia 2010 08:57
Felietony
Dawno nie pisałam. Nie mam czasu. Jak większość z Was, zapewne. Mam nawet w pogotowiu listę tematów, które chciałabym uzewnętrznić w moim kąciku felietonowym. Lista sobie, życie sobie. Każdy felieton, wszystkie refleksje i spostrzeżenia, którymi się tutaj dzielę powstają spontanicznie, często pod wpływem jakiegoś wydarzenia bądź obserwacji. Spontaniczność i przypadek wygrywają zatem z planem, porządkiem i wszelkimi innymi wytycznymi, których czasem tak kurczowo próbuję się trzymać.
Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam planować. O ile nie mam obsesji na punkcie zegarka i nie należę do osób, które co chwila na niego zerkają, o tyle kalendarz jest nieodłącznym elementem mojej codzienności. Może jest to znak naszych czasów, aczkolwiek zastrzegam od razu, że nie biorę udziału w tzw. (i nota bene niemodnym) wyścigu szczurów, a może cecha mojego charakteru, którą momentami postrzegam jako utrudniającą życie wadę.
Ci z Was, którzy żyją spontanicznie zastanawiają się pewnie jak zorganizowanie, do którego czasem tęsknią i którego pewnie zazdroszczą może być przeszkodą. Postaram się przybliżyć Wam to zjawisko.
Bieganie, moja największa pasja jest nierozerwalnie związana z planowaniem. Paradoksalnie, zawsze chwaliłam sobie ten rodzaj sportu głównie ze względu na to, że nie wymaga „uwiązania”, że mogę włożyć trampki w dowolnym momencie, zamknąć za sobą drzwi i po prostu pobiec. Mit. Bieganie jest jedną z naczelnych pozycji mojego planowania, na kilka dni do przodu. I jestem najnieszczęśliwszą osobą na świecie, kiedy nie uda mi się pobiec o wyznaczonej porze. Cierpią na tym również moi najbliżsi, którzy prawdopodobnie, modlą się, aby nic nie pokrzyżowało tych planów, aby nie wiało i nie lało, aby nie musieli znosić mojego rozdrażnienia, przy którym syndrom napięcia przedmiesiączkowego to naprawdę drobnostka.
Jedzenie jest moją drugą pasją. A właściwie nie tyle jedzenie, co gotowanie, które wiąże się z zakupami. Mój szczery podziw budzą ludzie, którzy otwierają lodówkę, robią szybki przegląd szafek i na tej podstawie są w stanie skomponować posiłek. U mnie planowanie domowego menu jest jak strategia Napoleona. W poniedziałek robię wstępny zarys, we wtorek już prawie wiem, co będziemy jedli w piątek, weekend i może poniedziałek, a w środę mam już skonstruowaną pełnowartościową kartkę na zakupy. Mogę zatem śmiało wybrać się w czwartek do marketu, a ponieważ zakupy jako takie nie sprawiają mi przyjemności, aby były krótsze i mniej bolesne, moja kartka podzielona jest na poszczególne działy. Nie ma tu miejsca na przypadkowe plątanie się między regałami. Z dobrze skrywaną pogardą patrzę na osoby, które w iście sprinterskim tempie cofają się spod kasy, aby wrócić z zapomnianą paczką groszku i zapachem do WC. Oczywiście wszystko to przy karcących spojrzeniach kolejki, znaczących chrząknięciach i pomrukach.
Wybrałam dwa najbardziej spektakularne przykłady z własnego życia, chociaż mogłabym wymienić jeszcze dużo więcej. Przyznaję, że moje planowanie ułatwia życie, oszczędza czas i pewnie pieniądze, ale czasem sama mam tego dość. W końcu dom to nie przedsiębiorstwo, a kuchnia to nie chłodnia składowa, która wymaga zaawansowanych działań logistycznych. Bieganie ma sprawiać przyjemność, a nie być punktem w kalendarzu do odhaczenia.
Chciałam już kilkakrotnie zwalczyć swoje zaplanowanie, ale zazwyczaj wszelkie próby działania ad hoc kończyły się poirytowaniem i natychmiastowym nadrabianiem zaległości planowych.
Moje sztywne poukładanie wciąż wygrywa z romantycznym uroczym zapominalstwem.
W minionych czerwonych czasach byłabym na pewno docenianym pracownikiem jakiegoś komitetu centralnego planowania i pewnie nie raz dostałabym państwowe odznaczenie za opracowanie pięciolatki. Dziś, kiedy narzekamy na szalone tempo życia, na brak czasu dla siebie i innych, takie zaplanowanie może być błogosławieństwem, jednak stosowane w nadmiarze – tak jak kawa, wódka i papierosy – grozi uzależnieniem, a brak odpowiedniej dawki lekkim drżeniem rąk i nerwowością.
To tyle na dziś. Do następnego felietonu, który pojawi się, no właśnie, nie wiem kiedy. Od czegoś trzeba zacząć, prawda?


























Komentarze
Jestem niezorganizowan y, brak mi planu, marnuję czas na zbędne rzeczy itd
Jeśli mogłabyś rozwinąć swoją wypowiedź, ewentualnie dodać ciekawe propozycje narzędzi, które usprawnią moje życie, to będę bardzo wdzięczny
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.